« 1 2 3 »
2011
01.26

Kanchanaburi – Wstajemy rano i jeszcze nie wiemy jak się tam dostać. Decyzja zapada już przed hotelem- za bardzo jesteśmy zajechani po ostatniej nocy aby walczyć z wszelkimi przeciwnościami, szybciutko dogaduje sie z taksówkarzem, zawiezie nas na miejsce za 1500 Batów ( nie całe 50$ ) Podzieliwszy to na czterech wychodzi naprawdę grosze. Jedziemy półtorej godziny. Na miejscu dowiadujemy sie ze, za godzinkę jest bus na farmę tygrysów – Wykupiliśmy bilety coś przekąsiliśmy i z marszu pojechaliśmy do tego parku ( trochę komercyjna ta wycieczka, w małym autobusie jesteśmy tylko my. Pobawiliśmy się z tygrysami, chłopaki pojeździli na słoniach, następnie show z krokodylami. Niesamowite wrażenia i beka śmiechu, kiedy przez otwarte okna żyrafy wkładały swoje długie łby na jeszcze dłuższych szyjach do naszego autobusu. Chłopaki tak się rozochocili że było karmienie z ust do ust i buzi z języczkiem. Ktoś powie że to niehumanitarne, zwierzęta powinny być na wolności……ale świata nie zmienimy, a jeśli możemy w jakikolwiek sposób pomóc, dlaczego nie. Wracamy do miasta, znajdujemy fajny hotel z basenem, pokojami położonymi na wodzie, naprawdę klimatycznie. Zmęczeni trudami dnia powszedniego,wybieramy się na masaż. Wybieramy jeden z salonów ( na ulicy jest ich kilkadziesiąt ) Sebastian dowiedziawszy się że będzie masował go Lady-Boy decyduje się tylko na feet masage (to jego a raczej ono nazwaliśmy później Waldek) Już wiemy że przez ten masaż będziemy nabijać się z Seby przez kolejne dni, jak się okazuje, Waldków na ulicy nie brakuje. Rozluźnieni wracamy do hotelu, ale to nie koniec naszego dnia, wypytujemy się miejscowych gdzie jest jakaś fajna dyskoteka – pada na DISCOVERY, po wielkich trudach docieramy tam pieszo. Jakieś 1000 osób już się nieźle bawi. Jesteśmy jedynymi białasami w tym klubie, kupujemy butelkę whisky i w zamian dostajemy stolik – rewelacyjne miejsce i wcale nie przeszkadza nam że jest  przy samym wejściu do WC – po kilku godzinach znamy ( z widzenia ) wszystkich w dyskotece, bo przynajmniej każdy był choć raz w kiblu. Sama dyskoteka chłopakom wydala się dziwna, był koncert rockowy na na przemian z Dj-em, tańczyły dziewczyny ( które ruszać się chyba dopiero uczyły – tak to wyglądało) i nie było tam parkietu ani miejsc siedzących, wiec te tysiąc osób stało oparte, każde o swój stolik i sączyło drinki ruszając przy tym stopą. Godzina trzecia zamykają lokal i kolejny karpik , pod dyskoteką żadnej taksówki, wszyscy pijani wsiadają na swoje motorki i odjeżdżają. Pozostaje nam znowu walić z buta. Ale nie ma tego złego… znajdujemy lokal gdzie podają zupkę ( a okazuje się że zupka to kolejny gwóźdź programu naszej wyprawy, powiem że co niektórzy się od niej uzależnili ) W hotelu jesteśmy o 4 nad ranem. Kolejny dzień, kolejna zmiana planu, bo nie sposób było wstać rano. Jeszcze na lekkim kacu wybieramy się na wodospad. Na miejscu już wiemy ze był to błąd jechać tam w niedzielę, masa ludzi , całe rodziny, ale widoki niezapomniane. Wodospad ma 7 stopni i już na drugim nie było prawie nikogo.Wspinamy się coraz wyżej, nie jest tak lekko jak myśleliśmy po ponad trzech godzinach docieramy do celu jesteśmy na górze, kilka fotek i wracamy. Droga powrotna jest jeszcze bardziej skomplikowana , wracamy w strugach deszczu, a stopy nasze grzęzną w błocie. Zmęczeni, kontuzjowani opuszczamy to miejsce jako ostatni. Na parkingu nie ma już nikogo do hotelu trochę ponad 60 km. W samym mieście zwiedzamy sławny most na rzece Kwai i cmentarz na którym są setki a może i tysiące mogił młodych amerykańskich żołnierzy . Jutro żegnamy się z Kanczanaburi po drodze odwiedzimy bazar na wodzie o którym piszą w każdym przewodniku, polecamy bo klimat i atmosfera tego miejsca naprawdę jedyna w swoim rodzaju. Po południu wracamy do Bangkoku włócząc się trochę po uliczkach, posiłek , odpoczynek, trochę posiedzieliśmy w kawiarence internetowej, wieczorem wyskok na nocny bazar gdzie można dostać wszystko….   dosłownie. Szybko w biegu, nie możemy się doczekać kiedy będziemy na Palau, w końcu jesteśmy na wakacjach trochę odpoczynku nam się należy. Na lotnisko wpadamy prawie spóźnieni, odprawa i już jesteśmy w Manili



Gays porn